Lubiącym czytać: Lokalna kultura

Lubiącym czytać: Lokalna kultura

Gdzieś między wrześniem 1985 a marcem 1989 roku w Liceum Ogólnokształcącym im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Kętrzynie klasa o profilu humanistycznym miała zastępstwo na lekcjach języka polskiego. Nieobecność pani Czesławy Dąbrowskiej spowodowała, że raz, czy kilka razy klasę wzięła pod swoją opiekę pani Stanisława Łozińska zwana przez młodzież „Laurą”. Miało to swoje ogromne konsekwencje.

 

Zamiast uczenia się na pamięć akapitów z „Nad Niemnem”, „Lalki”, „Granicy”, „Przedwiośnia” czy „Chłopów”, tudzież dziesiątków wersów z „Pana Tadeusza” i „Dziadów”,  klasie został zaproponowany wyjazd do olsztyńskiego teatru. Odwoływanie się do pamięci maturzystów rocznika ’89, jaki był tytuł sztuki, jest bezcelowe. Podobnie, jak pytać teraz o to, czy wyjazd miał miejsce w dzień nauki, czy w weekend. Nie w tym rzecz. Bo okazało się, że Laura jednym wyjazdem do miasta wojewódzkiego rozwinęła w młodych humanistach to, co programowa polonistka z uporem, ciężką pracą, odwołując się do próśb i gróźb wtłaczała im do głów. Ot, już nie dzieci a jeszcze nie dorośli, odkrywający sami Dostojewskiego, Iwaszkiewicza, Gałczyńskiego i Wysockiego, mogli przechadzać się po foyer, które, dałbym głowę!, było wówczas wyłożone czerwienią i oświetlone zdecydowanie oszczędniej niż trzydzieści lat później pod dyrekcją Kijowskiego. Dlaczego właśnie po wytężeniu pamięci wyłania się z niej foyer, a nie gasnące światła i zanikające rozmowy na widowni, albo nawet chociażby cienie aktorów? Tajemnica małomiasteczkowego życia nastolatków zapewne… Foyer tak różne przecież od wszystkiego, co dotąd widział licealista z Kętrzyna, czy dojeżdżający tutaj z Korsz, Reszla, okolicznych, głównie pegeerowskich, wsi. Poczynając od samej obcobrzmiącej nazwy, przez wyciszone kroki na miękkiej wykładzinie, kończąc na tajemniczym, przyciemnionym, kończącym ten tunel wejściu do sali teatralnej – świątyni kultury? Olimpu inności? Odmienne zachowanie, różnice w ubiorze mijanych osób, w sposobie rozmowy, chodzenia, stania przy ścianie…

Jadąc z licealistami pociągiem do olsztyńskiego teatru, czy Laura wiedziała, że w ten sposób przywiozła do Kętrzyna dość jeszcze niewyraźny, niejasny, bardziej wyobrażony i chyba trochę wzbudzający bojaźń obraz Melpomeny? Całkiem prawdopodobne, ponieważ jeszcze przed ostatnią maturą PRL-u, pojawiły się w mieście, głównie w ogólniaku, małe plakaty informujące o Kętrzyńskich Spotkaniach Teatralnych. Aby w tej chwili przenieść się w przeszłość, Internet nie pomoże. Być może trzeba byłoby wertować roczniki „Gazety Olsztyńskiej” lub „Dziennika Pojezierza”. Płonne wydają się nadzieje, że jakiekolwiek informacje mogą być zawarte w archiwach miejscowego domu kultury, biblioteki, muzeum, czy liceum, które w tej chwili jest częścią zespołu szkół… Wszakże… Spotkania Teatralne, o ile dojrzałego bardzo już byłego licealistę pamięć nie myli, odbywały się podług linii zachód – wschód, poczynając od przepięknej auli liceum, przez budynek przedwojennej loży masońskiej, kończąc na jednej z sal zamkowych, pozostającej najprawdopodobniej, tak jak i teraz, w gestii Muzeum im Wojciecha Kętrzyńskiego. Spotkania trwały kilka dni. Odbywały się również głęboko w nocy. Jak nigdy dotąd (nie, bądźmy obiektywni, kilka razy na przestrzeni lat stało się podobnie) budynki zostały wykorzystane w sposób niezwykle intrygujący, tworząc specyficzną atmosferę sztuki, bohemy, przyciągając młodzież. Być może pamiętają te wydarzenia lepiej Anna Matysiak (obecnie właścicielka wydawnictwa poetyckiego), poeta Cezary Żechowski, warszawski scenograf i kostiumograf Jan Kozikowski, malarka Ewa Pohlke, germanistka Anna Gajdis. Wówczas młodzi ludzie. Jestem pewien, że miało to miejsce w sali muzeum. Jak i podczas innych przedstawień teatralnych, publiczność siedziała na parapetach, ławkach, stołach, poduszkach pod sceną. Podobny nastrój stara się wprowadzić obecna dyrektor muzeum (nie kętrzynianka) – pani Daria Zecer. Ale o tym później. W każdym razie podczas owej sztuki jedna z aktorek zeszła ze sceny, a znalazłszy się pośród publiczności, próbowała zaprosić do grania kogoś z najbliżej siedzących. Jeden z moich licealnych kolegów dał ponieść się fantazji, uczestnicząc w krótkiej scence. Pamiętam, że do matury jego polonistka całkiem poważnie wróżyła mu karierę aktorską, obserwując jego kulturalne inklinacje i naturalne zdolności. Niestety, rzeczywistość okazała się całkiem inna.

Spotkań z Melpomeną było więcej? To pytanie, skierowane do czytelników, nie jest retoryczne. Autor pamięta tylko jeden rok. Potem było jak zwykle. Koncerty organowe w Świętej Lipce, zwiedzanie aż do znudzenia Wilczego Szańca, kino „Gwiazda” (któremu warto poświęcić osobny tekst, bo w tamtych czasach wyprawa do kina zaczynała się od stania w kolejce w długim, wąskim i wysokim tunelu między kamienicami, gdzie teraz sprzedawane są lody i gofry), zamkowa biblioteka i muzeum (jedynie tam, dzięki filcowym kapciom naciąganym na obuwie, stąpało się bezgłośnie i mówiło szeptem jak w teatrze). Ach, właśnie z wydarzeń kulturalnych przełomu lat 70. i 80. zapadł mi w pamięć nieustający konkurs czytelniczy w bibliotece publicznej. Wybierano czytelników miesiąca, tygodnia… Czyż nie jest to godne podkreślenia w dzisiejszych czasach, gdy media ciągle donoszą o upadku czytelnictwa wśród Polaków?

Zmiana ustrojowa nie przyniosła od razu zmian w lokalnej kulturze. Muzeum nadal szczyciło się wystawą o Kętrzyńskim i pamiątkami pruskimi. Wyremontowano kino, gdzie zabrakło pomysłu na stały, coroczny na przykład przegląd filmów, rozmowy, gości… Oczywiście pojawiają się, czasami nawet bezpłatne, cykle filmu niemieckiego, rosyjskiego, francuskiego i odpryski ze Sputnika nad Polską i Nowych Horyzontów, ale bez specjalnego medialnego omówienia, zachęcenia, otwarcia, ukazania wagi sztuki filmowej i kultury kinowej. Jakby od niechcenia. Repertuar zwykle już doskonale znany z Internetu, podany przez bezpłatne portale filmowe. Podobnie rzecz się dzieje z czwartkowym Kinem Konesera, abstrahując od tego, że wybrany dzień jest absolutnie niefortunny. Splendor zachowany jest dla czegoś całkiem innego. Lokalna kultura ma zamykać się w kręgu władztwa samorządowego. Oczywiście trudno ganić i bezmyślnie przekreślać wartości imprez takich, jak coroczne „Kaziuki Wilniuki”, „Z malowanej skrzyni”, czy „Koncerty Szewczenkowskie”, które posiadają swoją zaletę i swoisty kętrzyński historyczny nominał ze względu na zamieszkałych w mieście i powiecie przybyłych zza Buga repatriantów, tudzież przesiedleńców Akcji „Wisła” i ich potomków uczących się języka ukraińskiego. Jednakże zawsze mam nieodparte wrażenie, że te (i nie tylko) wydarzenia kulturalne służą wysokim przedstawicielom samorządu miejskiego, gminnego i powiatowego do uzyskania poparcia wyborczego, jakiejś natrętnej kampanii, przypodobania się. Być może wynika to z faktu, że na spotkaniach stricte związanych ze sztuką wysoką obecność burmistrza, wójta, starosty jest raczej wirtualna i wynika z odczytanej przez jakiegoś dyrektora, zastępcy, naczelnika wydziału kartki z podziękowaniami… Wydawało się, że powieje wiatr odnowy, gdy Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej zainicjował akcję „Narodowe Czytanie”. W przepięknie wyremontowanej sali Miejskiej Biblioteki Publicznej w Kętrzynie, która może służyć także skromnym przedstawieniom teatralnym (dlaczego do tej pory żaden nie pojawił się tam teatr? nie odbył się żaden monolog? nie zawitał Teatr przy Stoliku? czyżby nie mogło dojść do współpracy pomiędzy MBP a Olsztynem, Węgajtami, Sejnami – najbliższymi ośrodkami kulturalnymi wartymi nawiązania stałych kontaktów, które mogą przerodzić się w cykliczne wydarzenia o marce ogólnokrajowej?) odbyło się czytanie „Lalki” Bolesława Prusa. Fragmenty odczytują znane postaci kościoła i jednostek samorządowych. Burmistrz siedzi w pierwszym rzędzie. Publiczność nie jest zbyt liczna. O „Lalce” i jej autorze opowiada doktorantka z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Burmistrz w tym czasie zachowuje się jak gimnazjalista i pisze esemesy. Owa scenka wyjaśnia rzekłbym lekceważenie, jeśli nie pogardę, dla uczestnictwa w spotkaniach, które nie mogą przynieść zysku publicznego, wyborczego, medialnego, poniekąd i towarzyskiego. Jakby się spełniło proroctwo wypowiedziane przez burmistrza w drugiej kadencji samorządu – Kętrzyn będzie stolicą disco polo! W pewien metaforyczny sposób tak się stało, niestety. Wybudowany w centrum miasta amfiteatr, niewątpliwie uprzykrzający życie mieszkańcom pobliskich starych i nowych  kamienic weekendowymi koncertami muzyki popularnej i występami kabaretów (w okresie jesienno-zimowo-wczesnowiosennym w hali MOSiR) zamienia się zimą w lodowisko z głośną muzyką dobraną wedle gustów opiekujących się lodowiskiem, a odstręczającą tych, którzy uczestniczą w spotkaniach autorskich, wernisażach malarskich i fotograficznych. Galeria Kętrzyńskiego Centrum Kultury znajduje się na dusznym poddaszu. Tamże odbywa się czasami Teatr przy Stoliku. W oranżerii Loży Masońskiej mają miejsce spotkania z fotografami, malarzami i innymi przedstawicielami wolnych zawodów związanych ze sztuką. Nie można nie przyznać ambicji i wyczucia dyrektorowi Miejskiej Biblioteki Publicznej – Witoldowi Gagackiemu, który potrafił znaleźć i zaprosić artystów związanych z Kętrzynem i okolicami. W oranżerii wystawiali Ryszard Przespolewski, Konrad Żukowski, Teresa Augustyniak, Izabela Małagowska-Kurus, Mariusz Hartel, „Foto MX” i wielu innych, wśród których, co z wielkim żalem konstatuję, brak Ewy Pohlke, obecnie mieszkającej chyba w Kownie. Z kolei w sali MBP Witold Gagacki gościł poetów i pisarzy również związanych z miastem, tudzież szerzej, Warmią i Mazurami (Anna Osowska, Andrzej Liczmonik, Mieczysław Ostrowski, Zenon Złakowski), choć nie tylko, bo obok Tomasza Jastruna pojawili się w kętrzyńskim zamku – trochę psując aurę literatury wnoszonej przez Zbigniewa Chojnowskiego, Kazimierza Brakonieckiego, Krzysztofa D. Szatrawskiego, jakby do pisarstwa wtargnęło disco polo ze swoim hałasem i nieznośną powtarzalnością – Dariusz Dziekanowski, Katarzyna Bonda… Takie wydarzenia nie sprowadzały nikogo z lokalnego samorządowego Olimpu. Ich domeną stał się Orszak Trzech Króli, defilada militarna, Kaperalia miejscowego klubu żeglarskiego.

Mniej lub bardziej udanych przedsięwzięć podejmowało się i nadal podejmuje Kętrzyńskie Centrum Kultury, wykorzystując salę kinową wyremontowanego kina „Gwiazda”. Są one jednak jednorazowe i nie przynoszą zysku w postaci cykliczności, która wpisałaby miasto na mapę kulturalną kraju. Warto wszakże odnotować występ Zespołu Tańca Żydowskiego „Klezmer” z Cieszyna prowadzonego przez Dorotę Herok czy jazzowo-folkowy projekt Macieja Fortuny. Inne koncerty nie są warte wspominania. Chociażby dlatego, że publiczność wychodząca z jednego z recitali (były to „Piosenki Neapolitańskie”, bądź „Camerata Vladislavia”) komentowała czas spędzony w kinie jako stracony, a wręcz głośno mówiono, iż zaproszeni wykonawcy potraktowali kętrzynian z lekceważeniem, jak niewyrobionych muzycznie drobnomieszczan. Cóż, wpisuje się to w pewien schemat, w którym rzeczywiście małomiasteczkowość, drobnomieszczaństwo ma niezbyt pochlebne znaczenie. Kętrzyn jest przystankiem dla objazdowych muzycznych wykonawców, przedstawień teatralnych aktorów znanych z polskich telenoweli, dorabiających wizytami poza ośrodkami wojewódzkimi, czy znanymi z wydarzeń kulturalnych o nieco wyższych standardach i autoramencie.

Zdawało się, że istnieje dość duża szansa  zorganizowania corocznego festiwalu, jakichś „Dni…”, gdy Centrum Kultury i kętrzyńskie muzeum zdecydowały się na pokazanie kultury żydowskiej. Oprócz wspomnianej Doroty Herok na dziedzińcu zamku można było kilka lat temu posłuchać hagady. To mniej więcej wtedy wmurowano tablicę w mur okalający komunalny cmentarz, zaś inną w chodnik na skrzyżowaniu ulic Powstańców Warszawy i Ignacego Daszyńskiego. Pierwsza upamiętnia ofiary Nocy Kryształowej i Holocaustu oraz kirkut, który znajdował się w pobliżu. Druga wskazuje miejsce największej synagogi w ówczesnym Rastenburgu – „Nowej Synagogi”. Ostatnia zaś znajduje się przy Starej Synagodze i została ufundowana przez dawnych mieszkańców Kętrzyna w ramach projektu zainicjowanego przez Powiatowy Dom Kultury, o czym w dalszej części tekstu. Dlaczego szansa? Ponieważ w tamtych latach w Olsztynie odbywały się Dni Kultury Żydowskiej organizowane przez Fundację Borussia i Stowarzyszenie na rzecz Kultury Żydowskiej B’JACHAD. Tym bardziej szansy szkoda, że w obu przedsięwzięciach (fundacja i stowarzyszenie) swój udział miała i ma kętrzynianka z urodzenia Ewa Pohlke. Czasami wydaje się, że Kętrzyn jest niezdolny do nawiązywania stałych kontaktów, nie ma ochoty na poważną i długoterminową współpracę, nie chce korzystać z doświadczeń miast wyrobionych kulturalnie, tudzież ludzi odnoszących sukcesy w Polsce i Europie. Że zadowala się ową objazdowością, jarmarcznością podobną do angielskich festiwali znakomicie ukazanych w serii powieści (i filmów) o wspólnym tytule „Morderstwa w Midsomer”, lub w kryminałach M.C. Beaton. Przydałoby się miastu spojrzenie w lustro, odrobina zjadliwości i ironii z zewnątrz. Tym bardziej, że na wyspach brytyjskich zaangażowani są w taką jarmarczność wszyscy mieszkańcy, począwszy od władz lokalnych po pastorów, proboszczów i nauczycieli. Poza drobnymi wyjątkami (nazwisk nie potrzeba wymieniać) tutejsi oficjele zadowalają się rolą autorytarną, zaczynając ją od podpisywania zaproszeń, a kończąc na przemówieniach i przyjmowaniu oklasków.

Powoli zmieniają się czasy. Gmina miejska i powiat remontują i budują nowe budynki i obiekty. Niestety, w żadnym z nich nie ma miejsca na choćby drobne wspomnienie o przedwojennych Żydach. Dwie tablice, w tym jedna zdająca się tylko elementem kostki brukowej, chyba nie wystarczają w mieście, w którym znajduje się sporo dziewiętnastowiecznych i z początku następnego stulecia kamienic z kuczkami (sukkami). Podobnie rzecz się ma z budynkiem loży masońskiej „Pod Trzema bramami Świątyni”, oddanym do użytku 24 września 1864 roku. Teraz brak choćby najdrobniejszej informacji o dawnej roli budynku, jego budowniczych i fundatorach, postawionego według wzoru Świątyni Salomona, opisanego w Starym Testamencie w Trzeciej Księdze Królewskiej 6,1, Drugiej Księdze Kronik 6,1 i Proroctwie Ezechiela 6. A przecież w centrum miasta znajduje się architektoniczny rarytas. Najbliższe podobne loże znajdują się w Białymstoku, Warszawie i Baczkach-Dworku.

Nie sposób nie poświęcić akapitu dyrektor muzeum Darii Zecer, co już wcześniej anonsowałem. Jej starania, poświęcenie i zaangażowanie to ciągłe próby wciągania mieszkańców we wspólne letnie czy zimowe wydarzenia w salach zamkowych, na zamkowym dziedzińcu, nawet ulicach miasta. Widać, że eksperymentuje, sprawdza/możliwości i chęci lokalnej społeczności. Poniekąd testuje zapotrzebowanie, w jakimś sensie godzi wysoką kulturę z zabawą i komercją. Cudem wynosi coraz dalej od Muzeum coroczny Jarmark św. Jakuba. Któregoś lata zaczął się korowodem ulicami miasta. W tym roku zajął parking przed zamkiem. Czy zadowala wszystkich? Czy przyciąga turystów? Owszem. Aczkolwiek nadal wpisuje się w dość głównie plebejski rytuał. Brakuje odrobiny, choćby jednego dnia, jednego wieczoru wpisanego w Jarmark, a konkurującego czy współpracującego właśnie z Węgajtami, Sejnami, olsztyńską Filharmonią, Jaraczem, może kinem „Awangarda”? Mogło to być goszczące przecież w Muzeum Laboratorium Pieśni, Hagada. Oczywiście odwiedza Kętrzyn (również koncertując w zamku) Pro Musica Antiqua. Jednak nie daje to specyficznego, oryginalnego wydarzenia. Stało się już pewną tradycją Warmii i Mazur. Sympatyczną, ważną i dającą wytchnienie, lecz gubiącą się w rozrywkowym hałasie amfiteatru, wojskowych defilad ulicami miasta tudzież historycznych inscenizacji, które – jak łatwo sobie wyobrazić przy obecnym umiłowaniu narodowego militaryzmu – mogą uraczyć nas wizją rastenburskiej Nocy Kryształowej czy też spalenia na stosie w warmińskim Reszlu Barbary Sdunk – ostatniej europejskiej „czarownicy”.

Kętrzyńskie kino należało po remoncie do jednych z najlepiej wyposażonych audiowizualnie w okolicy. Na seanse przyjeżdżano z Giżycka, Węgorzewa i Mrągowa. Fakt ten próbowano co chyba zbyt szybko  zarzucono, wykorzystać  w celu transmisji spektakli operowych z Metropolitan Opera w Nowym Jorku via Filharmonia Warmińsko-Mazurska. Być może specjalnie nie zastanowiono się nad repertuarem i zbyt poważne przedstawienia nie przyciągnęły publiczności? Wydaje się, że opera buffa, semiseria, śpiewograj, wodewil, czy zarzuela przyjęte zostałyby entuzjastycznie w sobotni wieczór. Nie można odżegnywać się też od powodów ekonomicznych. Bilety nie były tanie. Lecz czyż samorząd miejski nie mógł dofinansować takich seansów, zamiast bezpłatnych dla publiczności prostackich koncertów w niedalekim od kina amfiteatrze?

W mieście jest sporo restauracji, piwiarni, pubów, pizzerii, klubów. Dwa z takich lokali wygospodarowały sobie sceny, gdzie czasami odbywają się koncerty wykonawców znanych z komercyjnych stacji radiowych, czasami striptiz. Jedna z nowo otwartych restauracji postawiła sobie nieco wyższe cele. Goszczono tam w jednym, bodajże pierwszym, sezonie Annę Marię Jopek, Kubę Badacha, Gienka Loskę, Janusza Yaninę Iwańskiego… Jakby przyczynek do stałego miejsca z muzyką skierowaną w stronę gości sączących dziwne alkohole, nieco trawestując Gałczyńskiego. Ale i tu zabrakło wytrwałości, może współfinansowania, zadowalając się peryferyjnością kulturalną Bartoszyc, Korsz, Barcian, Srokowa, Reszla.

Światełkiem w tunelu – to za dużo powiedziane w stosunku do działań Miejskiej Biblioteki Publicznej a przede wszystkim Muzeum – może się okazać Powiatowy Dom Kultury „Czerwony Tulipan” z siedzibą w wyremontowanej części przedwojennego zaplecza szpitala dla umysłowo chorych. Działania dyrektor Marleny Szypulskiej przypominają trochę doświadczenia Darii Zecer z Muzeum. Najpierw trochę nieśmiałości, pewne standardowe zachowania charakterystyczne dla wszystkich okolicznych domów i centrum kultury, następnie starania w wyjściu poza prowincjonalność, w końcu jakby duma, że dom kultury jest reprezentantem miasta powiatowego. W tej sytuacji wybaczyć należy raczej niepasujący do miejsca pomysł okresowego „szafingu”, warto zaś śledzić z uwagą wystawy Radka Małeckiego i Sławomira Łuczyńskiego, Międzynarodowy Plener Malarski „Dziedzictwo Kulturowe Powiatu Kętrzyńskiego” – który w pewnym stopniu można uznać za przejęcie porzuconego przez Nadleśnictwo Srokowo podobnego projektu – a przede wszystkim przedsięwzięcie „Polin, czyli jaki był kętrzyński Żyd”; z tym ostatnim, rozplanowanym na kilka miesięcy, wiążę największe nadzieje i życzę, żeby jednostka podległa staroście ów żydowski rastenburski program rozwijała i uaktualniała rokrocznie, co nie udało się organizacjom kulturalnym podległym burmistrzowi.

„Czerwony Tulipan” był miejscem także jednego z najlepszych w ostatnich latach spotkań z prozaikiem, poetą, tłumaczem, działaczem kultury i akademikiem. Gościem któregoś zimowego bodajże wieczoru był kętrzynianin, profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, Krzysztof D. Szatrawski, występujący jako tłumacz wierszy Maksymiliana Wołoszyna. Wspominam to wydarzenie, ponieważ odrobinę skojarzyło mi się z moim osobistym marzeniem, żeby Kętrzyn posiadał wśród swoich ulic kawiarenkę literacką, jakieś literacko-muzyczne miejsce spotkań, oczywiście pod egidą samorządu. Nadzieje takie wiązałem najpierw z kawiarenką w loży masońskiej, a po jej upadku z restauracją „Kardamon”, gdzie odbyła się seria koncertów. Być może Powiatowy Dom Kultury rozwinie działalność i w tym kierunku, tworząc coś w rodzaju legendarnego  warszawskiego  „Czułego Barbarzyńcy” czy „Tarabuka”, gdzie można byłoby zaopatrzyć się w czasopisma literackie i kulturalne, których nie sposób dostać w kętrzyńskich księgarniach, powoli zmienianych w sklepy papiernicze, ani punktach sprzedaży prasy. Miejska Biblioteka Publiczna narzeka na brak funduszy, ostatni (i jedyny jak dotychczas w demokratycznym już Kętrzynie) antykwariat z miejscami do siedzenia zbankrutował na początku 2017 roku. Nadzieja zatem tylko w utrzymywaniu takiego miejsca przez władze samorządowe. Z uwagą obserwowałem kolejne przebudowy i remonty miejskich obiektów historycznych, właśnie wierząc, że znajdzie się w którymś z nich takie kulturalne sanktuarium. Gmina Miejska postawiła jednak na amfiteatr i obiekty sportowe (zbudowano dwie ogromne hale, otwarty kompleks basenów i kortów, w przygotowaniu jest budowa trzeciego podobnego obiektu). Bunkier znajdujący się na Placu Piłsudskiego został zasypany po rozebraniu wzniesionego nad nim pomnika poświęconego radzieckim „wyzwolicielom” miasta. Dwa inne bunkry przeciwlotnicze można oglądać tylko z zewnątrz na skwerze pomiędzy ulicami Mazowiecką i Bałtycką przy rondzie Solidarności. Jedyna zachowana baszta w czternastowiecznym murze obronnym miasta chyli się ku upadkowi, jak i sam mur. Wiele lat temu miały w niej miejsce spotkania klubu seniora, potem została oddana ZHP. Piękna kamienica nad rzeką Guber, po drugiej stronie torów kolejowych patrząc od strony zamku, została rozebrana po pożarze. Podobnie stało się, choć powodem nie było spalenie, z zabytkami architektury przemysłowej – browarem i cukrownią. Szanse na kętrzyńskiego „Czułego barbarzyńcę” wydają się znikome. Tym bardziej, że i loża masońska, i zamek jakoś nie mogą w oczach rady miejskiej i burmistrza zyskać na znaczeniu i jednorodności. W pierwszym z budynków znajduje się biblioteka, kawiarnia i Stowarzyszenie im. Arno Holza. W zamku zaś biblioteka, muzeum i Stowarzyszenie Kulturalne „Konik Mazurski”.

Odnotowałem powyżej dwa kętrzyńskie stowarzyszenia kulturalne. Najbardziej widocznym w mieście jest „Konik Mazurski”, na pewno z racji rodzaju prowadzonej działalności.  Pozostałe to Towarzystwo Miłośników Kętrzyna, Bractwo Rycerskie Strażnicy „Rast” przy Zamku Kętrzyn i Towarzystwo Miłośników Ziemi Kętrzyńskiej im. Zofii Licharewej, pojawiające się incydentalnie i w zasadzie nie mające wpływu na podnoszenie wartości miejskiego życia kulturalnego, podobnie jak Dyskusyjny Klub Książki i znajdujący się pod opieką biblioteki miejskiej Dyskusyjny Klub Książki i Filmu.

Tekst chciałbym zamknąć pewną klamrą odnoszącą się do pierwszych dwóch akapitów. Mianowicie, gdzieś w początkach samorządu burmistrz ogłosił wszem i wobec, że był w Zakopanem na przedstawieniu w Teatrze Witkacego i zaprosił aktorów do Kętrzyna ze spektaklem „Faust”. Wydarzenie było tak znakomicie zrobione, sztuka tak fascynująco odegrana, że pozostała w mojej pamięci wywołując przejmującą tęsknotę. Nie widziałem przez lata tak interesującej nocnej scenografii na dziedzińcu zamkowym i tak dużego zainteresowania ze strony mieszkańców. Wydaje się, że wszelkie wydarzenia kulturalne – co poniekąd jest domeną całej demokratycznej Polski, a nie tylko miast powiatowych – nie zyskują szczególnego poparcia finansowego, ani wsparcia organizacyjnego ze strony władz. „Narodowe Czytanie”, „Noc Muzeów”, czy „Europejskie Dni Dziedzictwa” wypada zrobić, ponieważ odbywają się w całym kraju. Kwestią pozostaje pomoc ze strony samorządu dla dyrektorów i pracowników odpowiedzialnych kulturalnych placówek…

 

Pomocą w pisaniu tekstu były książki: „Kętrzyn: Dzieje miasta”, pod redakcją Stanisława Achremczyka, Kętrzyńskie Centrum Kultury, 2016 oraz „Ścieżki myśli”, Jerzy Lengauer, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 2016. 

 

Fot. it.ketrzyn.pl

Podobne artykuły
4Komentarz
    • Wyborca
    • Dodano 10 lutego 2018

    Ale z się komuś wylało. Szkoda że to przedruk czyichś myśl ze wskazanych ksiazek. Komuś się zapomniało ze kiedyś szkoły uczestniczyły w przedstawieniach teatralnych w kinoteatrze w koszarach. Tam także były pierwsze koncerty rockowe. Zapomniano też o kulturze politycznej w samorządzie na sesjach.

    Odpowiedz
    • zbych
    • Dodano 10 lutego 2018

    Owszem da się to czytać,ale od końca bo początek jak dla mnie ojca córki,którą uczyła Pani profesor od polskiego też zmierziła jakie wymagania stawiała uczniom z klas biologiczno-chemicznych.

    Odpowiedz
    • Rusałka leśna
    • Dodano 11 lutego 2018

    Houston, mamy problem – a może zejdziemy na ziemię ? ? ? .

    Odpowiedz
    • Eli
    • Dodano 13 lutego 2018

    Tekst od redakcji? Chętnie poznałbym autora, bo niepodpisany.

    Odpowiedz
Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *